InBlanco, kwiecień 2006

    Dzień codzienny szefa firmy, niezależnie od tego, czy to jest przedsiębiorstwo zorientowane na zysk czy uczelnia to przede wszystkim stres, zmęczenie, napięcie, obawy przed przyszłością i praca, praca, praca.
    Praktycznie dzień pracy rzadko ogranicza się do 12 godzin, rekordziści wytrzymują nawet 18 godzin – to nie tylko chodzi o czas spędzony w firmie, ale także o czas spędzony poza instytucją, ale w którym myśli się czy rozmawia nadal o pracy. W klasycznym przedsiębiorstwie jest moim zdaniem łatwiej, bo bardziej się liczą wymierne wskaźniki – produkcja, obrót, zysk, wartość portfela, zamówień, itd. W szkole takiej jak nasza, która opiera się na mechanizmach rynkowych, jest trudniej, bo wiele czynników ocennych jest w dużej mierze subiektywnych, opartych na odczuciach, ocenach indywidualnych, nastrojach, opiniach, zaufaniu. W przedsiębiorstwie produkcyjnym, gdy mówi się o jakości to podaje się mierzalne dane, np. udział procentowy braków czy też których z parametrów technicznych produktów. Można wręcz określić wartości optymalne, tzn. maksymalny odsetek braków przy minimalnym jednostkowym koszcie wytworzenia. W szkole tego nie da się osiągnąć, bo „Narzędzia” (profesorowie) jak i „Surowiec” (studenci czy uczniowie) to ludzie, a ich (zresztą na całe szczęście) nie da się do końca zmierzyć. Dlatego w edukacji tak dużo dyskutuje się o jakości kształcenia. To jeden z najczęstszych tematów pytań, na które wciąż od wielu lat muszę odpowiadać.

    W pierwszych latach działalności Szkoły, w połowie lat 90-tych, gdy po raz pierwszy wygrywaliśmy rankingi przeważała nieufność, niedowierzanie, że w małej „prywatnej”, położonej na końcu świata „szkółce” można uczyć dobrze. Wówczas istniało przekonanie, że dobrze może tylko uczyć wielki uniwersytet czy politechnika położona w jednym z 7 największych miast. Wtedy naszą odpowiedzią było poddanie naszego programu biznesowego dobrowolnej akredytacji w SEM ”FORUM”, ale wciąż niewiara przeważała nad zaufaniem. Potem przyszły sukcesy pierwszych absolwentów i powtarzalna łatwość znajdowania miejsc pracy. Co zabawne, takie postawy niedowierzania pojawiały się i zresztą wciąż pojawiają się wśród naszych studentów. Piszę o ty jako zabawnej sprawie, bo przecież wybierając szkołę powinno się być przekonanym o jej wartości i jej programów. Tak się składa, że od wielu lat najlepszymi ambasadorami jakości i „piewcami” naszej przewagi nad konkurencją stają się absolwenci studiów licencjackich, którzy studia magisterskie realizują u naszych głównych konkurentów warszawskich, bo podejmują pracę w firmach warszawskich. I wtedy mam listy, telefony z powtarzającą się frazą – Panie Rektorze, teraz dopiero doceniam Szkołę Sądecką, bo widzę jak to jest tutaj. Jednym z tematów dyskusji jest wartość dyplomu NLU. „Niedowiarkowie” mówią przecież to jest przeciętny uniwersytet amerykański, nie należący do „ligi bluszczowej” itd., itd. Osobą, która dała już w II połowie lat 90-tych jasną odpowiedź na pytanie ile jest warty dyplom NLU była Wasza starsza koleżanka Karolina Moczarska, która z naszym licencjatem i dyplomem NLU została przyjęta na studia stosunków międzynarodowych Columbia University w Nowym Jorku, a więc na absolutnie bluszczowy kierunek bluszczowego uniwersytetu i skończyła studia na bardzo dobrej pozycji. Najlepszą odpowiedź na to co warte są nasze dyplomy licencjata i BA dał mi 30 marca 2006 roku Krzysztof Bocian, absolwent studiów licencjackich WSB-NLU z 2000 roku, który został przyjęty na studia MBA na Stanford University!!!!

    Telefonował do mnie kilka minut po rozmowie telefonicznej z dziekanem Stanford University, który osobiście (tak, tak) informuje każdego z 300 przyjętych na te studia. Krzysztof szalał, ja też, bo lepszej wiadomości już nie mogę sobie wyobrazić. Szkoła biznesu Stanford University to najbardziej selekcyjna szkoła MBA (tylko 300 na rok, Harvard – 900 osób, Whorton – 750). Stara się o przyjęcie około 10 tys. osób. W ostatnich 10 latach tylko dwójka Polaków (absolwenci SGH po studiach magisterskich). W tej sytuacji sukces naszego Krzysztofa jest jeszcze ważniejszy. Krzysztof powiedział mi jasno, że to WSB-NLU go uformowała i jej bardzo dużo zawdzięcza. Od 30 marca 2006 roku nazwa WSB-NLU w Nowym Sączu i jakość jej absolwentów jest już znana w Stanford University, rok wcześniej nazwa WSB-NLU w Nowym Sączu stała się znana w Harvard University (nasz wykładowca Krzysztof Głuc uczestniczył w specjalnym kursie dydaktycznym i obecnie dostajemy już regularnie zaproszenia na specjalne szkolenia, które są kierowane do niewielkiej, starannie wyselekcjonowanej liczby uczelni na świecie). Krzysztofowi Bocianowi towarzyszę od lat, to jeden z tych studentów, którzy szybko w czasie studiów dają się poznać, wiedziałem o Jego aplikacjach do London School of Business (na którą też Go przyjęli), pisałem Mu rekomendacje, opowiadał mi o poszczególnych etapach rekrutacji, to typ człowieka, który może być idealnym wzorem absolwenta WSB-NLU – pracowity, odważny, konsekwentny, aktywny społecznie, ciekawy świata, rodzinny. Z dumą mogę powiedzieć – TO MOJE DZIECKO.

    Miałem ze strony redakcji „InBlanco” zapotrzebowanie na tekst świąteczny, a więc w domyśle pogodny. Krzysztof dał nam najpiękniejszy prezent świąteczny – wiarę w to co w Szkole robimy i że wspólnie możemy uzyskać najwyższą światową jakość.

o mnie | kontakt | okiem przedsiębiorcy | w prasie | relacje z absolwentami | niezwykły album | wywiady
Krzysztof Pawlowski 2007 © Wszystkie prawa zastrzeżone