Felieton - InBlanco/ Ampersand - kwiecień 2007



    Ostatnio pisałem sporo poważnych tekstów dotyczących przyszłości, przewag konkurencyjnych i muszę się przyznać, że kiedy redakcje naszych studenckich czasopism poprosiły o kolejny tekst to postanowiłem zaskoczyć czytelników i napisać na odmianę tekst mało poważny.

    Najlepiej pisać takie teksty o sobie dla przykładu naśmiewając się z siebie. Ale jak tu rektor poważnej uczelni pretendującej do miana najlepszej a do tego lider zespołu przygotowującego jeden z najważniejszych projektów kluczowych dla przyszłości Polski, może naśmiewać się z siebie? Ale co zrobić, że mnie stale korci żeby być innym, nieprzewidywalnym , wciąż zaskakującym (mimo postępującego starzenia się).

    Tak więc dzisiejszy tekst będzie felietonikiem, z którego nic nie wynika. Na początek o moich słabostkach i wadach. Od wielu lat toczę walkę z nadwagą. Ja tyje nawet wtedy jak patrzę tylko na jedzenie!! Gdybym jadł regularnie jak normalny człowiek tzn. porządne śniadanie, obiad i kolacje to prawdopodobnie ważyłbym około 120 kg, więc jem tylko dwa razy dziennie – małe śniadanie i w okolicach 18.00 –19.00 (czyli wtedy gdy zwykle wracam ze Szkoły do domu) jednodaniowy obiad.

    Najważniejszym posiłkiem, bo celebrowanym jest śniadanie, które sam sobie przygotowuję. Głównym składnikiem śniadania (przez cały rok) jest pokrojona na bardzo cienkie plasterki rzodkiewka dobrze posolona. W okresie gdy się odchudzam to jem rano 1 jajko na twardo ( też pokrojone na plasterki) i pół serka topionego też w formie kilkunastu plasterków. Na plasterku jajka i serka układam plasterki rzodkiewki i śniadanie jest gotowe. Dzięki zabiegowi plasterkowania uzyskuje się efekt obfitości – cały talerzyk śniadaniowy pokryty jest plasterkami. Śniadanie jem godzinę lub dłużej bo stanowi ono cześć rytuału związanego z codzienną poranną pracą w domu, gdy piszę, odpisuję na listy, przeglądam pocztę, myślę. W czasie pracy pogryzam to co leży na talerzu na lewej części biurka i popijam kawę lub herbatę. Przez wiele lat rano piłem dość silną kawę z mlekiem. Ostatnio zasmakowałem w herbacie dość egzotycznej „ caribbean” Liptona i kawę pije tylko gdy zaczynam być zmęczony.

    W krótkich okresach, w których się nie odchudzam na śniadanie jem 3 małe, bardzo cienkie (3-4 mm) kromeczki chleba, najchętniej razowego posmarowanego masłem z ziołami lub serkiem z ziołami „ Almette” .

    Wahania wagi mam dość spore 95-97 w najgorszych okresach (zwykle po świętach) do 90 w najlepszych. Okres corocznego odchudzania to od kwietnia do końca września i bardzo mi imponuje jak pracownicy lub studentki na początku roku akademickiego zauważają, że rektor ma lepszą figurę. Co roku wyznaczam sobie cele wagowe, a na najbliższe 5 miesięcy zadanie jest bardzo ambitne - zejść poniżej 88 kg. Zobaczymy czy się uda.

    Niewątpliwie jedną z wad głównych jest zapominanie, z absolutną pogardą dla wszystkich nowoczesnych narzędzi pozwalających prowadzić uporządkowany kalendarz spotkań, zobowiązań itd. Już nawet nie pamiętam jak wiele razy doprowadziłem do aferek gdy na tą samą godzinę do rektoratu przyjeżdżali ludzie z daleka umówieni ze mną, tylko, że ja zapomniałem o tym zawiadomić mój sekretariat. Strasznie śmieszy mnie zaoferowana twarz mojej sekretarki czy asystenta, który wchodzi do mojego gabinetu i mówi, że właśnie zgłosił się Pan X czy Państwo Z, ale równocześnie mamy w kalendarzu napakowane co do minuty 10 zapisanych „interesantów’.

    Pomału zbliżam się do końca tego niby felietonu. Jak zawsze piszę go czarnym długopisem (takim najtańszym w przeźroczystej obudowie) na kratkowanym papierze i kończę trzecią stronę rękopisu (to norma felietonowa). Resztę wad zostawiam na przyszłość gdy znowu odejdzie mnie ochota pisania o sprawach ważnych. Na koniec mała nagroda dla tych, którzy byli tak cierpliwi, że przeczytali moje „bajdurzenia” aż do tego miejsca – słów parę o rektorskich słabostkach – mam ich wiele – wystarczy na kilka felietonów – na początek wystarczą dwie: lody i piękne dziewczyny. Rzeczywiście uwielbiam lody, oczywiście prawie nigdy ich nie jadam ( z uwagi na wagę). Ale najłatwiej „kupić” mnie na lody – takie z oryginalnymi owocami oraz polane dobrze dobranymi likierami lub specjalnym rumem. A co do dziewczyn – wiele lat temu zauważyłem, że jeśli organizacje studenckie miały coś trudnego do załatwienia to przysyłały na negocjacje do rektora dziewczyny i zwykle te dziewczyny miały bardzo duże oczy albo bardzo długie nogi ( a czasami i to i to i jeszcze coś na dodatek). A ponieważ staram się wciąż uczyć to teraz podwójnie utwardzam się w negocjacjach gdy takie cudo przychodzi. Stale powtarzam, że można być wiernym i szczęśliwym małżonkiem a zarazem także koneserem piękna, oczywiście oglądanego tylko z dystansu. A przy okazji mam swój sposób na rozkręcenie nawet najnudniejszego męskiego towarzystwa - przyznaje się do dwóch słabości – największej lodów i mniejszej pięknych dziewcząt. Zawsze się to udaje – dyskusja o przewadze lodów nad pięknymi kobietami może trwać nawet parę godzin.

    P.S. Felieton pisałem 65 minut, a na talerzyku wciąż leży kawałek serka i jajka z rzodkiewką.

o mnie | kontakt | okiem przedsiębiorcy | w prasie | relacje z absolwentami | niezwykły album | wywiady
Krzysztof Pawlowski 2007 © Wszystkie prawa zastrzeżone