Felieton - InBlanco/ Ampersand - maj 2007



         Wiem, że teraz myślicie głównie o sesji ale przecież po udanej sesji i zdanych egzaminach część z Was pojedzie na wakacje. Część bo sporo z naszych studentów w czasie letnich wakacji pracuje, odbywa staże, praktyki. Tak więc ten felieton będzie o moich wakacjach. Na początek chwila wspomnień o wakacjach w czasie moich studiów. Szczęśliwie egzaminy zdawaliśmy przed wakacjami udało mi się uniknąć sytuacji, w której „wisi” człowiekowi nad głową konieczność uczenia się do poprawkowego egzaminu. Studiowałem w latach 1964-1969 a więc 40 lat temu, wówczas nie było mowy o wyjazdach za granicę (po pierwsze nie miałem pieniędzy, a po drugie wcale nie łatwo było dostać paszport) więc moje wakacje spędzałem głównie na wędrówkach w góry. Zwykle chodziliśmy w kilka osób – na tydzień lub dwa tygodnie. Z uwagi na brak pieniędzy nosiliśmy ze sobą namioty a w plecaku konserwy i wszystko co można było wziąć do jedzenia z domu. Namioty były strasznie ciężkie - dwuosobowy namiot potrafił ważyć 7 do 10 kg, plecaki zapewne ważyły jeszcze więcej, tak więc jak się zdejmowało z pleców ten ciężar to niemal trzeba było się „trzymać trawy” aby nie unieść się w powietrze. Namiot zwykle nosiło się na zmianę z kolegą, „gorzej” było gdy szło się z dziewczynami bo wtedy namiot nosiło się cały dzień. Do dzisiaj pamiętam jak akurat dostałem namiot w chwili gdy zaczynaliśmy wchodzić na Lackową i później szedłem z tym koszmarnym namiotem i ciężkim plecakiem ostro pod górę – na szczycie byłem tak zmęczony, że nie miałem siły zdjąć plecaka tylko razem z plecakiem i namiotem runąłem na trawę. Zwykle chodziliśmy po 6 do 8 godzin dziennie, najpiękniejsze były wieczory. Uwielbiałem noclegi tak całkiem „na dziko” na polanie leśnej przy strumyczku. Ciepłe jedzenie robiliśmy w kocherach nosząc oczywiście też denaturat do palnika. Mogę powiedzieć, że „zdeptałem” wszystkie góry na południu Polski, nie znam natomiast Sudetów i Karkonoszy. Byłem też na dwóch obozach w Tatrach, jednym jeszcze w szkole średniej, drugim w czasie studiów. Pamiętam moment gdy grupa kilkunastu chłopaków szła granią (oczywiście z przewodnikiem) a z drugiej strony na czworakach powiązana linami „pełzała” grupa turystów. Któryś z nich zwrócił uwagę naszemu przewodnikowi, że tu jest niebezpiecznie, że powinniśmy iść z linami - na to nasz przewodnik powiedział: „Panie oni mają klej na rękach”. Kleju oczywiście nie mieliśmy, ale poziom adrenaliny był wysoki.

         Na koniec studiów pojechałem na bardzo atrakcyjną wycieczkę do Uzbekistanu (Taszkient, Buhora, Samarkanda). Wycieczki studenckie organizowało specjalne biuro turystyczne. Było bardzo trudno dostać się na te wycieczki, szczególnie na zachód Europy. Na Uniwersytecie Jagiellońskim tworzona była specjalna lista rankingowa osób chcących wyjechać na wycieczkę zagraniczną. Liczyły się średnia ocen i działalność w organizacjach studenckich. Po piątym roku znalazłem się w grupie szczęśliwców, którzy mogli wybrać dowolną trasę. Zdecydowałem się na wyjazd do Uzbekistanu – wycieczka była bardzo udana. Pamiętam jedną śmieszną przygodę, która o mało co nie skończyła się dużą aferą! W tamtych latach była moda na bardzo krótkie sukienki czy spódnice (nazywano je minispódniczkami). W naszej grupie była ówczesna Miss Krakowa, śliczna dziewczyna, nosząca się bardzo modnie i atrakcyjnie. Na ulicach uzbeckich miast wszystkie nasze dziewczyny budziły zainteresowanie, ale nasza „miska” budziła sensację. W którymś z dni do hotelu, w którym mieszkaliśmy przyjechała drużyna zapaśników z któregoś z miast Uzbekistanu i w czasie kolacji lekko wstawiony jeden z naszych kolegów zaczął sprzedawać naszą miskę za stado baranów. Zapaśnicy byli mocno pijani i ta niby zabawa skończyła się gdy kilku z nich poszło pod drzwi niczego, nie podejrzewającej naszej miski żeby wziąć do siebie kupioną dziewczynę ( za te barany). Skończyło się gigantyczną aferą a nasza miska przez parę dni nie odzywała się do męskiej części grupy.

         Obecnie moje letnie wakacje są co roku podobne. Nigdzie nie wyjeżdżam. Zostaję „na gospodarstwie”, codziennie przychodzę na 2-3 godziny do Szkoły a jak jest ładna pogoda to wsiadam później do samochodu i podjeżdżam pod którąś z moich tras spacerowych (mam ich ponad 30), zostawiam samochód przy rampie zamykającej drogę leśną i idę na 3 do 7 godzin w górki. Zwykle chodzę sam, uwielbiam ciszę i szum strumyka, idę wolno cały czas w jednym tempie. Zwykle po połowie godziny łapie się rytm, głowa się „czyści”, i czasami przychodzą do głowy nowe pomysły czy rozwiązania problemów nie dlatego, że człowiek planuje, że będzie nad czymś rozmyślał tylko tak przypadkiem. W ostatnich dwóch wakacjach często też pływałem w basenie mojego przyjaciela w Kamionce. Pływałem godzinę do dwóch. Jeżeli dołożymy do tego obowiązkowe ścinanie trawy, podlewanie ogrodu i inne niezbędne prace ogrodowe to czas się całkowicie zapełnia. Często dla rozrywki piszę w czasie wakacji swoje publikacje ( np. w lecie 2003 pisałem pierwsza swoją książkę). Zwykle w okresie wakacyjnym ranne pisanie odbywa się w moim ogrodzie na tarasie, jest cisza, śpiewają ptaki i lekko się wtedy pisze. Piękne okolice Nowego Sącza to ogromna wartość – ja aby dotrzeć do atrakcyjnych, pięknych miejsc potrzebuję góra 30 minut, a mieszkając w dużym mieście na dojazd do gór trzeba minimum 2 godziny jeżeli jeszcze przy wyjeździe z miasta nie spędzi się dodatkowej godziny w korku. Mam nadzieję, że nasze piękne okolice będą ważną częścią naszej oferty związanej z Miasteczkiem Multimedialnym.
o mnie | kontakt | okiem przedsiębiorcy | w prasie | relacje z absolwentami | niezwykły album | wywiady
Krzysztof Pawlowski 2007 © Wszystkie prawa zastrzeżone