Pracuję już 35 lat i cały czas należę do „wybranych” – osób, które zawsze robiły to co lubią i co daje im satysfakcję.

     W szkole średniej marzyłem o karierze polityka, ale ówczesna sytuacja polityczna w Polsce uniemożliwiła mi osiągnięcia kariery w polityce, pozostając przy swoich wartościach i poglądach. Nauka przychodziła mi łatwo i mój wychowawca Antoni Sitek – słynny sądecki pedagog i polonista namawiał mnie na studia prawnicze. Ja wybrałem fizykę, którą lubiłem i która mnie pociągała, a poza tym gwarantowała wolność i sprawiedliwą ocenę, co wówczas było rzadkością. W fizyce jest tak – albo jest się dobrym i uzyskuje się w nauce rezultaty, albo żadna legitymacja partyjna czy poparcie nie pomoże.

     Po studiach ukończonych w 1969 roku na Uniwersytecie Jagiellońskim, zdecydowałem się na powrót do Nowego Sącza i pracę w laboratorium badawczym w fabryce produkującej wyroby z węgla i grafitu. To była duża i jak na początek lat 70-tych nowoczesna firma z własnym zapleczem badawczym i technologicznym – w ośrodku badawczym pracowało ponad 100 osób. Zaczynałem od tworzenia pracowni badań strukturalnych węgli i grafitu, później stopniowo rozszerzałem swoje zainteresowania badawcze i technologiczne, w końcu lat 90-tych zostałem szefem całego Laboratorium. Stworzono mi dobre warunki do prowadzenia badań, miałem dobrze wyposażone laboratorium, współpracowałem z kilkoma placówkami badawczymi w uczelniach krakowskich, publikowałem wyniki swoich prac, jeździłem na konferencje. Pracowałem tam 20 lat (1969-1989) i mogę powiedzieć, że byłem szczęśliwym człowiekiem - jeśli czegoś nie zrobiłem to dlatego, że nie potrafiłem, a nie że mi ktoś na to nie pozwolił.

     Tamten okres był całkowicie różny od obecnego – mój świat zawodowy ograniczał się do krystalitów grafitu i procesu grafityzacji. Doktorat obroniłem w grudniu 1975 roku i prawdopodobnie byłem w Polsce pierwszym fizykiem, który uzyskał tytuł dr fizyki pracując w przemyśle. Pod koniec lat 70-tych po raz pierwszy w moje uporządkowane życie weszła aktywność społeczna. Sierpień 1980 roku był dla mnie pozytywnym wstrząsem –zaangażowałem się w tworzenie NSZZ „Solidarność” w swoim przedsiębiorstwie, a równolegle zainicjowałem utworzenie w Nowym Sączu Klubu Inteligencji Katolickiej.

Pod koniec 1980 roku zostałem prezesem KIK-u i zaczął się szalony okres czasu pierwszej „Solidarności”. Stan wojenny przeżyłem mocno – skończyło się swoistą kilkuletnią emigracją wewnętrzną w pracy, mocnym zaangażowaniem w działalność społeczną.

     Połowa lat 80-tych to ostry powrót do pracy badawczej, miałem też już mocno zaawansowane wdrożenie niezwykłego materiału izolacyjnego – kompozytu C-C, który mógł przynieść mi sławę no i spore pieniądze (po raz pierwszy w życiu, bo do 1989 roku byłem biedny jak przysłowiowa „mysz kościelna”). I wówczas przyszedł przełom roku 1989 i moje życie całkowicie się zmieniło. Wygrałem 4 czerwca 1989 roku wybory do Senatu RP i nieoczekiwanie zostałem politykiem, a więc zrealizowałem swoje marzenia z okresu młodzieńczego.

      Z dzisiejszej perspektywy widzę swój okres polityczny jako stan przejściowy - fascynujący, zarazem niszczący, ale i kształcący. Bez tych 4 lat nie byłoby Szkoły i dzisiejszego Pawłowskiego. Miałem wówczas przejmujące przekonanie, że my Polacy dostaliśmy niezwykłą i nieoczekiwaną szansę, a zadaniem polityków jest wykorzystanie tej szansy i stworzenie warunków społecznych, gospodarczych i politycznych, które pozwolą Polakom dogonić rozwinięty świat.

      Nie jestem jednak „zwierzęciem” politycznym, nie mam w sobie instynktu pozwalającego osiągnąć sukces partyjny (choć przez przypadek byłem prezesem Partii Chrześcijańskich Demokratów), tak więc przyjąłem z ulgą przegrane wybory do Senatu w 1993 roku. To pozwoliło mi skoncentrować się na tym co nieoczekiwanie stało się najważniejszą częścią mojego życia zawodowego – budowaniu WSB-NLU i drugiej mojej uczelni WSB w Tarnowie. Tak jak to wiele razy pisałem Szkoła Sądecka była inicjatywą polityczną – chciałem zrobić coś użytecznego, i to na zawsze, dla swoich wyborców. Tworząc Szkołę nie byłem profesjonalistą – nigdy przecież nie pracowałem w uniwersytecie, miałem natomiast intuicję. Byłem i jestem nadal przekonany, że wykształcenie jest jedynym polskim zasobem, który może Polskę uczynić konkurencyjną w stosunku do najbardziej rozwiniętych państw świata. Nie jestem klasycznym rektorem, ani menedżerem – byłem i mam nadzieję, że nadal jestem liderem, który ciągnie za sobą innych, człowiekiem który lubi pracować. Praca zawsze była dla mnie przygodą, wyzwaniem, sposobem samorealizacji.

     Z obecnej perspektywy widzę, że jedną z przyczyn naszego sukcesu była moja przedsiębiorczość i innowacyjność. Na kłopoty i problemy reaguję w sposób twórczy – są one dla mnie inspiracją do znajdowania nowych rozwiązań. Uwielbiam pracę z młodymi ludźmi, najgorzej znoszę okres wakacji, gdy w Szkołach nie ma studentów. Cały czas myślę o przyszłości, o tym jak zaskoczyć konkurentów, jak zdobyć nowe przewagi. Oczywiście w ciągu tych 13 lat rektorowania popełniłem wiele błędów, najgorzej idzie mi zarządzanie zasobami ludzkimi. Ponieważ dużo i ciężko pracuję to oczekuję tego od swoich współpracowników, oczekuję też zaangażowania i traktowania swojej pracy jako misji i powołania, a nie tylko wypełnienia powierzonych obowiązków, co często prowadzi do nieporozumień i konfliktów.

     Co dalej? - to najważniejsze pytanie. Wyznaczyłem sobie datę 1 października 2014 roku – w tym dniu opuszczę Szkoły, a teraz muszę je do tego przygotować.

o mnie | kontakt | okiem przedsiębiorcy | w prasie | relacje z absolwentami | niezwykły album | wywiady
Krzysztof Pawlowski 2007 © Wszystkie prawa zastrzeżone