Piątek, 9 maja 2008

Złamaliśmy niektóre kanony

Rozmowa z Januszem Przeorkiem i Rafałem Tyksińskim, prezesem i wiceprezesem zarządu oraz udziałowcami ExpressMap Polska

Na rynku kartografii pojawili się panowie właściwie… nagle. Jakie mieli związki z tą dziedziną, nim założyli ExpressMap Polska?

Rafał Tyksiński: Nie mieliśmy żadnych, nie byliśmy tutaj specjalistami. Pochodzę z Mielca, studiowałem marketing i zarządzanie, a później finanse w Wyższej Szkole Biznesu w Nowym Sączu. Tam nauczyłem się m.in., że nie należy koncentrować się na jednej dziedzinie i można osiągnąć wiele w dowolnej branży. Należy tylko wierzyć w sukces i robić wszystko z zapałem i entuzjazmem. Przykładem jest dla mnie rektor nowosądeckiej szkoły, dr Krzysztof Pawłowski, z wykształcenia fizyk, który zbudował jedną z najlepszych prywatnych uczelni biznesowych w Polsce pomimo wielu przeciwności ze strony administracji państwowej oraz społeczności lokalnej. Ponadto osobiście uwielbiam projekty, które są trudne i prawie niemożliwe do zrealizowania – im więcej przeciwności, tym bardziej jestem zmotywowany, żeby coś zrobić.

A jak doszło do panów spotkania?

RT: Podczas studiów przypadkowo poznałem Janusza, który miał pomysł na ciekawy produkt. Po kilku rozmowach o różnych pomysłach biznesowych zaproponował mi współpracę przy tworzeniu nowej firmy. Nie chciałem rezygnować ze studiów dziennych i tak o mały włos nie straciłem ciekawej pracy. Zaczekał rok! Po obronie przeniosłem się do Warszawy i zaczęliśmy uczyć się wszystkiego na temat kartografii, w czym bardzo pomogli nam Ewa Lodzińska i Waldemar Wieczorek. Ja postanowiłem kontynuować studia, tym razem z finansów, i jeździć co dwa tygodnie ponad 400 km do Nowego Sącza. To były bardzo trudne dla mnie, jak i dla firmy, dwa lata. Ale warto było.
Janusz Przeorek: Do Nowego Sącza trafiłem po powrocie ze Stanów Zjednoczonych, po 17 latach pobytu w tym kraju. Wyjechałem po trzecim roku anglistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. Wcześniej, tu coś ciekawego dla panów, w latach 1978- 81 wydawaliśmy w Duszpasterstwie Akademickim Dominikanów niezależne czasopismo „Przystań”, na powielaczu, który otrzymałem od kolegów z opozycji gdańskiej, a później, w czasie „festiwalu demokracji”, jaki trwał od sierpnia 1980 roku do grudnia następnego roku, założyliśmy pierwszy po wojnie samorząd studencki, którego zostałem przewodniczącym. Po zaliczeniu trzeciego roku postanowiłem wyjechać, aby postudiować zagranicą. Trafiłem do miasteczka Perth Amboy w stanie New Jersey, gdzie spotkałem się z olbrzymią życzliwością i pomocą środowisk polonijnych. Zostałem wręcz „zaadoptowany” przez rodzinę Henryka i Danusi Wyszyńskich, wydawców „Nowego Dziennika”. Przez kilka lat moje studia z psychologii klinicznej finansowała Barbara Piasecka-Johnson, wiele serca i wsparcia otrzymałem też od pani Róży, mamy kolegi z gdańskiej opozycji, Bogdana Borusewicza. Pracowałem kilka lat w zawodzie, w Chicago, w Rochester, Nowym Jorku, Nowym Orleanie, ale już w roku 1989 wiedziałem, że chcę wrócić do kraju. Zacząłem się do tego przygotowywać dość wcześnie. Jeszcze podczas studiów w Stanach zainwestowałem w firmę produkcyjną w Polsce, koło Warszawy, a później w firmę rekrutującą pracowników z naszego kraju. To była moja baza.

I jaki miał pan pomysł na życie w ojczyźnie?

JP: Wiedziałem, że oprócz firmy produkującej dodatki krawieckie trzeba swoją działalność trochę zdywersyfikować i urozmaicić. Chodziły mi po głowie pomysły nowych rozwiązań w produkcji map. Zainspirował mnie znajomy, którego ojciec zrobił wyjątkową mapę. Nakleił ją na prześcieradło, aby była trwała i łatwa w składaniu. Po jakimś czasie papier mógł się przerwać, ale tkanina wszystko trzymała „w miejscu”. Z tego pomysłu powstały nasze mapy. Drugą inspiracją były koncepty, które w pewnych krajach już realizowano – mapy laminowane. Po poznaniu Rafała chciałem robić je w Polsce, jemu ten pomysł też się podobał. Ówczesna technologia introligatorska pozwalała jednak na takie nacinanie papieru, które tworzyło zbyt duże szpary, w efekcie czego laminowany arkusz nie tylko tracił na czytelności, ale i nabierał wybrzuszeń. Musieliśmy opracować technologię, która pozwoliłaby to robić znacznie lepiej. Udało się skonstruować specjalne noże, które potem opatentowaliśmy.

PEŁNA WERSJA TEKSTU W FORMIE ELEKTRONICZNEJ DOSTĘPNA BĘDZIE DLA ZAREJESTROWANYCH KLIENTÓW W CHWILI POJAWIENIA SIĘ KOLEJNEGO NUMERU
ROZMAWIALI PIOTR DOBROŁĘCKI
I KUBA FROŁOW
o mnie | kontakt | okiem przedsiębiorcy | w prasie | relacje z absolwentami | niezwykły album | wywiady
Krzysztof Pawlowski 2007 © Wszystkie prawa zastrzeżone