Źródło: Gazeta Krakowska, 30 grudnia 2006

Są lepsi ode mnie

    Rozmowa na sobotę

    Zawsze przekonywał Pan, że człowiek uczy się w każdej chwili swojego życia. Czego rektor Pawłowski nauczył się w roku 2006?

    Zaskoczył mnie Pan tym pytaniem, ale dzięki temu odpowiem szczerze co przyszło mi na myśl. Nauczyłem się pokory. Chyba po raz pierwszy jest tak, że całą energię poświęcam na realizację pomysłu, którego nie jestem autorem. Sądecką Sieć Innowacji i Transferu Wiedzy, najważniejszy projekt całkowicie zmieniający myślenie o przyszłości szkoły, wymyślili moi absolwenci. Człowiek, który przyzwyczaił się do tego, że większość pomysłów w instytucji, którą tworzy pochodzi od niego, w takiej sytuacji najpierw czuje złość dlaczego cholera nie ja to wymyśliłem, ale potem przychodzi radość, że na tak wspaniały pomysł wpadły jego dzieci. To jest dobra nauczka dla takiego człowieka jak ja zobaczyć, że są lepsi ode mnie.

    Idea, o której Pan wspomina, przewijała się przez cały niemal 2006 rok rozbudzając spore nadzieje. Ostatnio jest nieco ciszej. Zabiegał Pan o pieniądze na jej realizację z funduszy centralnych. Nie powiodło się?

    Nie mogę powiedzieć, że się nie powiodło. Nie mogę też powiedzieć, że się powiodło. Ta praca po prostu trwa i do końca nie wiadomo jakie i kiedy przyniesie efekty. Mamy istotną przeszkodę, którą zresztą jeden z ministrów obiecał mi usunąć. Pieniądze na ten typ projektów, jaki my chcemy realizować, są wręcz zastrzeżone wyłącznie dla miast metropolitalnych. To jest z jednej strony idiotyczny pomysł, ale rozumiem zasadę. Unia Europejska widząc jak świat jej ucieka w naukowych badaniach i rozwoju nowych technologii, chce zmniejszyć dystans i jeszcze silniej wspiera tych najmocniejszych. Nie można jednak nie zauważać tego co dzieje się na całym świecie, gdzie rewolucyjne myśli i projekty powstają na obrzeżach systemu, poza wielkimi ośrodkami, korporacjami czy uczelniami. Wcale nie ma znaczenia gdzie autor tego wynalazku mieszka, ważne jest żeby system dostrzegł pomysł i pomógł mu się rozwinąć. Jeśli dopuścimy do tego, żeby szanse rozwoju dotyczyły tylko kilkunastu procent powierzchni Polski, doprowadzimy do sytuacji z oazami luksusu otoczonymi obszarem skrajnej nędzy.

    Bez wsparcia z budżetu centralnego idea budowy Miasteczka Multimedialnego będzie zagrożona?

    Będzie zagrożona, ale my nie czekamy i szukamy też innych źródeł finansowania. Po pierwsze powstał klaster, czyli forma związku firm małych i średnich zajmujących się nowymi technologiami. To jest już 51 firm z kraju. Poprzez zawiązane stowarzyszenie można już zabiegać o finansowanie zewnętrzne. Gotowych do realizacji jest już pięć projektów. To są duże i trudne projekty, nie da się ich realizować bez pieniędzy, ale proszę zobaczyć my nie czekamy na prezent od rządu, by łaskawie rozpocząć działalność.

    Rozumiem, że to jednak nie jest wielki fragment, nawet chyba trudny do porównania z przedsięwzięciem szacowanym na ponad 120 milionów euro?

    Tak, to rzeczywiście jest wartość całego projektu rozłożonego na sześć, siedem lat. Teraz już wiemy, że to jest za duży projekt byśmy go zrealizowali sami, i sami jako szkoła ze skupionymi wokół wolontariuszami dostali na niego pieniądze. Tu jest bardzo potrzebna, nie tyle pomoc, co współpraca władz lokalnych.

    Prezydent Ryszard Nowak mocno podkreślał otwartość na współpracę publiczno-prywatną.

    Muszę powiedzieć, że pierwsze kontakty z prezydentem Nowakiem dobrze rokują. Jeszcze za wcześnie na konkrety, w końcu Ryszard Nowak sprawuje urząd prezydenta od kilku tygodni. Dostrzegam w nim jednak otwartość, brak urzędniczych ograniczeń i co bardzo ważne doświadczenie przedsiębiorcy. To się czuje, kiedy w wielu sprawach trudnych do zrozumienia dla urzędnika, ktoś z doświadczeniem przedsiębiorcy szybko wychwytuje istotę rzeczy. Daleki jestem od wielkiego optymizmu, ale mam sporą nadzieję, że tym razem nie skończy się na deklaracjach, tylko będzie to początek owocnej współpracy.

    Rok 2006 rozbudził sporo tych nadziei. Zapowiadana rzeka unijnych funduszy, Miasteczko Multimedialne, lotnisko w Starym Sączu, nowa władza w mieście też rodzą nadzieję. Nie obawia się Pan, że rok 2007 okaże się bolesnym zetknięciem z rzeczywistością?

    Po pierwsze Miasteczko Multimedialne czy Sieć Innowacji i Transferu Wiedzy, to nie są projekty polityczne czy tworzone przez publiczne instytucje. Tutaj mamy do czynienia z pomysłem prywatnej uczelni i skupionych wokół niej ludzi. My mamy prawo do takich projektów i do rozbudzania nadziei. To rozbudzanie nie jest jednak związane ze startem kogoś z nas w wyborach, nikt nie chciał nikogo oszukać czy omamić. Dla mnie ten rok zmienił to, co najistotniejsze w mojej szkole, i nie ma już powrotu. Nie możemy się cofnąć do roli placówki wyłącznie uczącej, tylko musimy iść w stronę badań i rozwoju. Dziś nie ma myśli: zrobimy albo nie, tu jest tylko jedno pytanie kiedy. I odpowiedź tak szybko, jak nam na to pozwolą środki i instytucje, które właśnie po to są, by pieścić i hołubić tego typu projekty.

    Mimo tych nadziei, rzeczywistość wygląda tak, że wielu młodych ludzi myśląc o przyszłości kształci się i niestety planuje emigrację. Tam dyplomy lądują w szufladach, a głowy pełne wiedzy przegrywają ze sprawnymi rękami potrafiącymi szybko i równo położyć glazurę.

    Zapomnieliśmy o tym, ale pewien istotny czynnik zaburzył klasyczny rozwój naszego kraju. Na przełomie lat 70. i 80. zanotowaliśmy w Polsce rekordową liczbę urodzin. Ludzie, którzy się wtedy urodzili weszli na rynek pracy pod koniec XX wieku. Oni w jakimś sensie zablokowali miejsca pracy. Ja zresztą już wcześniej przewidziałem ten skutek, że nie dla wszystkich wystarczy miejsca i nadmiar będzie się musiał gdzieś wylać. Nie obawiam się tego. Jestem przekonany, że ci, którzy dzisiaj wyjeżdżają, kiedyś wrócą. Przywiozą ze sobą nowe standardy, których nauczą się w zachodniej Europie i wszyscy na tym skorzystamy. Niepokoi mnie jedynie emigracja tych najlepszych. Ich trudno będzie namówić do powrotu. Wielkie koncerny czy ośrodki akademickie mając u siebie znakomitych fachowców zrobią wszystko, by ich zatrzymać.

    W jakim nastroju żegna Pan 2006 rok?

    Od 22 stycznia jestem dziadkiem i to dziadkowanie wypełniło mi życie. To jest taki naturalny powrót do młodości. Zgadzam się z tym, kto powiedział kiedyś, że własne dzieci to radość ale i obowiązek, natomiast wnuki są już tylko radością. W czasie świąt uczyłem swojego wnuka jak smykać się po schodach.

    Demonstrował Pan jak to się robi?

    Oczywiście. Bardzo łatwo poszło nam opanowanie wspinania, nieco więcej uwagi musiałem poświęcić na zsuwanie. To jest po prostu bardziej niebezpieczne. Mój wnuk jeszcze nie umie chodzić i dlatego uczyłem go tego zsuwania tyłem. Teraz robi to nawet lepiej ode mnie. Prywatnie to właśnie taka radość wypełniła mi rok 2006. Czy nie pojawia się przy tym refleksja, że wprawdzie dzięki potomkom jest mnie więcej na świecie, ale z drugiej strony następne pokolenie zaczyna mi deptać po piętach? Nie jest to jeszcze aż tak wyraźne, ale rzeczywiście, poprosiłem swoją córkę, by wzięła małego na wigilię w szkole.

    Świąteczne życzenia studentom i współpracownikom składałem w tym roku w imieniu własnym i w imieniu swojego następcy. To jest naturalne i dla mnie bardzo motywujące. Jest już nie tylko córka, ale także jej syn. Jestem częścią łańcucha pokoleń. To zobowiązuje.

    Rozmawiał: Sławomir Wrona
o mnie | kontakt | okiem przedsiębiorcy | w prasie | relacje z absolwentami | niezwykły album | wywiady
Krzysztof Pawlowski 2007 © Wszystkie prawa zastrzeżone