Źródło: BCC, listopad 2003

Jestem szczęśliwym rektorem

    Rozmowa z Krzysztofem Pawłowskim,
    rektorem Wyższej Szkoły Biznesu – National-Louis University w Nowym Sączu, Przedsiębiorcą Roku 2003, w polskiej edycji konkursu Ernst&Young, przewodniczącym Rady Organizatorów BCC.

    - Z wykształcenia jest Pan fizykiem, ale stworzył Pan szkołę, która kształci biznesmenów. Belferskie ciągoty, których nie udało się zrealizować fizykowi?

    - Nigdy ich nie miałem. Nigdy nie uczyłem w szkole, udzielałem tylko korepetycji. Ale, zapewniam, byłem szczęśliwym fizykiem, choć biednym jak mysz kościelna. Zdecydowałem się studiować fizykę, bo to trudna dziedzina, a ja chciałem się sprawdzić. Zresztą wówczas, w latach sześćdziesiątych, na fizykę była moda, studiowali ją szkolni liderzy. Wybrałem fizykę doświadczalną, bo zawsze lubiłem rzeczy użyteczne. Po studiach wróciłem do Nowego Sącza, do nowoutworzonego zakładu przemysłowego, zajmowałem się mikrokrystalikami grafitu, które mają wymiar 10 do minus ósmej metra, pracowałem ze znakomitymi ludźmi w laboratorium badawczym jednym z lepiej wyposażonych w Polsce, a nawet w Europie, miałem cudowna rodzinę...

    - Dlaczego więc zapragnął Pan kształcić biznesmenów?

    - To długa i na swój sposób ciekawa historia, dla wielu wręcz niewiarygodna. Otóż moją pierwszą miłością była polityka. Nie mogłem jednak działać w PZPR, bo jestem Sądeczaninem, a u nas wolność jest największą wartością. Więc obszar polityki był dla mnie zamknięty. Ale przyszedł czas „Solidarności”, zaangażowałem się w działalność opozycyjną, a potem w 1989 zostałem wybrany senatorem. Mówię o tym z dumą, bo wybór kandydatów w Nowym Sączu został dokonany w prawyborach, w których startowało kilkanaście osób, a ja otrzymałem przeszło 90 procent głosów.

    - Ciągle nie widać szkoły...

    - Szkoła jest pomysłem politycznym w 1989 roku. Z grupą ówczesnych parlamentarzystów pojechałem na kilkudniowy study-tour do Niemiec. Zapraszała fundacja Adenauera, chodziło o to, aby ludziom z byłego obozu socjalistycznego pokazać instytucje demokratyczne i gospodarki wolnorynkowej. I między innymi pokazano nam prywatną szkołę biznesu, w niewielkiej miejscowości, w Vallendor, koło Kolonii , bardzo elitarną. I ja tam przeżyłem iluminację. Ta szkoła mnie olśniła, zafascynowała.

    - Co Pana tak olśniło?

    - Przyjął nas dyrektor i z niemiecką precyzją, ze szczegółami, zaczął opowiadać o szkole, programie itd. Wyobrażam sobie, że dla innych musiało to być wręcz męczące, ale ja słuchałem jak zaczarowany. Powiedział, że na jedno miejsce kandyduje ponad 100 osób. A koszt studiów był niebagatelny, kilkanaście tysięcy marek. Jak to możliwe, myślałem, kilkadziesiąt kilometrów od tego miejsca są państwowe uniwersytety, w których niemieccy studenci mogą uczyć się za darmo nawet 10 lat, a oni omijają je i jadą tutaj. Dowiedziałem się, że szkoła ma partnerskie uniwersytety lub szkoły biznesowe w Europie, i że każdy student musi wyjechać na jeden semestr do którejś z tych szkół - we Francji, w Wielkiej Brytanii, ale też w Portugalii, Finlandii. Naiwnie zapytałem: A jak ci studenci zdają tam egzaminy? A dyrektor odparł: To ich problem, oni będą menedżerami w zjednoczonej Europie, muszą sobie poradzić. Poprosiłem, bym mógł spotkać się z grupą studentów. Byłem przekonany, że zobaczę takich bladych kujonków, pracusiów, bo program tej szkoły wydawał naprawdę zabójczy. A zobaczyłem cudowną roześmianą młodzież. Spytałem dlaczego wybrali tę szkołę i usłyszałem: Bo po tej szkole to my wybieramy miejsce, gdzie będziemy pracować. I w tym momencie przyrzekłem sobie, że stworzę taką szkołę w Nowym Sączu.

    - Dlaczego w Nowym Sączu, a nie w Warszawie czy Krakowie, gdzie jest duże środowisko akademickie, dużo młodzieży?

    - Bo ja chciałem coś zrobić dla swoich. A poza tym w identyfikacji Sądecczan jest coś ponadnormalnego – są bardzo związani ze swoją ziemią ojczystą, mają ogromne poczucie wspólnoty i przynależności do regionu. Szczerze muszę jednak dziś przyznać, że byłem wówczas nieodpowiedzialny. Zupełnie nie brałem pod uwagę, że może mi się nie udać. Porwałem się na budowanie szkoły XXI wieku, w małym mieście, w dziurze dosłownie, w regionie kojarzącym się z wakacjami, rajdami studenckimi ale nie z nauką, zdobywaniem wiedzy. Nie liczyłem się z warunkami, z przeszkodami, które trzeba pokonać, z brakiem doświadczenia...

    - Ale udało się Panu, i Nowemu Sączowi też.

    - Dziś to jest inne miasto, i w pewnym stopniu na pewno dzięki działalności szkoły. To ogromna satysfakcja.

    - Aby tworzyć rzeczy wielkie trzeba mieć wizję. Od początku wiedział Pan co chce zbudować.

    - Chciałem stworzyć szkołę elitarną, a jeśli tak, to niezbyt dużą. Najlepszą szkołę w Polsce, która kształciłaby nowoczesną kadrę dla biznesu w kraju, i na całym świecie. Postawiłem na naukę języków obcych i amerykański program studiów, który wówczas, w 91 roku, kiedy rozpoczynaliśmy działalność, był mocno zróżnicowany w stosunku do standardów polskich. W Polsce panował kult wąskiej specjalizacji, przekonanie, że studia powinny przygotować do pracy w konkretnej dziedzinie. Amerykanie uważają, że studia mają dać ogólny ogląd rzeczy, przygotować do kilkakrotnej zmiany zawodu w życiu. Jednym z celów było, by absolwenci otrzymywali prócz dyplomu polskiego drugi dyplom bakałarza amerykańskiego. I od 99 roku wszyscy absolwenci studiów stacjonarnych dostają dwa dyplomy. Czyli w Stanach Zjednoczonych, i wielu innych krajach, nie muszą nostryfikować dyplomu.

    - Więc języki, gotowość do podejmowania nowych zadań, wszechstronne wykształcenie. W jakie jeszcze cechy chce Pan wyposażyć nowoczesnego menedżera? Uczy pan historii sztuki?

    - Oczywiście. Prawdziwy menedżer, przedsiębiorca musi być kreatywny, to w biznesie to jest bardzo ważną cechą. Są wykłady z filozofii, bo filozofia to nauka logicznego myślenia. Naszym studentom mówimy, że są najlepsi, zdolni do tworzenia, pokazujemy jaki jest w nich potencjał, i że tak naprawdę oni sami decydują o miejscu, które ostatecznie w życiu zajmą. Szkoła nie tłamsi, zmuszamy do nauki, tu jest twardo, ale dbamy, by każdy student był absolutnie przekonany, że jest podmiotem a nie przedmiotem. Poza tym udało się zrobić coś niewytłumaczalnego - stworzyć atmosferę, która sprzyja poczuciu identyfikacji ze szkołą. Na uniwersytecie w Montrealu, było nawet seminarium, na którym szukano odpowiedzi na pytanie „Dlaczego absolwenci szkoły w Nowym Sączu tak mocno identyfikują się ze szkołą i ze sobą?”

    - Szkoła to także biznes. Czym różni się taki szkolny biznes od każdego innego?

    - Do prowadzenia tego biznesu konieczna jest motywacja. Bo szkoła musi być instytucją non profit. Oczywiście są szkoły prywatne w Polsce, zakładane i prowadzone dla wyciągania pieniędzy do prywatnej kieszeni, i jeżeli prowadzone są na poziomie, to wszystko w porządku. Mój pomysł był programem na życie. Chciałem zrobić coś dla moich wyborców, coś użytecznego, co po mnie zostanie. Ja zawsze miałem „ostre zanurzenie” w historię. Byłem niesłychanie dumny z tego, że zostałem senatorem, bo pamiętałem, jak wysoka to była godność w I i II Rzeczpospolitej. Jeśli mnie, chłopaka z Nowego Sącza, myślałem, spotykają takie zaszczyty, to muszę zrobić coś dobrego. Szkoły nie traktowałem jako biznesu. I, mówiąc trochę żartobliwie, będąc rektorem przez parę lat byłem jednym z największych żebraków Rzeczpospolitej. Bo szkoła przez pierwsze pięć lat była kompletnie deficytowa. Niektórzy zaczynają tak, że przyjmują 1000 studentów na studia zaoczne, mają dużą akumulację środków, i wówczas dopiero zaczynają inwestować. Ja chciałem tworzyć szkołę elitarną, a więc niezbyt dużą. I nie miałem wówczas pojęcia, że szkoła ma tak zwany punkt przełamania, to znaczy, że liczba studentów musi przekroczyć przy danej wysokości czesnego, określoną wartość tak, aby można było pokryć koszty. I musi być pewna liczba studentów, taka masa krytyczna, powyżej której można szkołę rozwijać.

    - Tworzył Pan szkołę, a nie biznes.

    - Popełniliśmy wszystkie możliwe błędy, jakie można było popełnić organizując takie przedsięwzięcie. Ale nasz przykład dokumentuje, że w biznesie najważniejsza jest idea. A także intuicja, zaangażowanie. Bo dzięki tym błędom dziś szkoła jest najlepsza. Ten pierwszy, drugi, trzeci rocznik, choć przeżywaliśmy kryzys finansowy, był tak świetnie przygotowany, że absolwenci natychmiast zostali rozpoznani na rynku pracy. I już po pierwszych pięciu latach działalności wygrywaliśmy rankingi. W tych latach szkoła rozwijała się bardzo szybko, konieczne było przedsiębiorcze działanie. Bardzo przydatny okazał się mój aparat fizyka. Fizyka daje bowiem niezwykłą przewagę w każdej działalności. Uczy postrzegać szerzej, szukać powiązań pomiędzy sprawami często zupełnie wydawałoby się różnymi. W 94 roku przegrałem wybory do Senatu. Bardzo to przeżyłem, załamałem się, a pan Jan Nowak Jeziorański, który był i jest jednym z prawdziwych sojuszników szkoły, powiedział mi: Pan Bóg wie co robi. Bo szkoła była już tak duża, że wymagała wyłączności. Nie można było jej kierowania traktować jako dodatku do innej działalności.

    - Zgłasza się 100 kandydatów na jedno miejsce?

    - Jeszcze nie. Ale kandydaci przyjeżdżają do Nowego Sącza z całej Polski, omijając po drodze renomowane uczelnie i szkoły. Aż 70% studentów studiów stacjonarnych studiujących biznes jest spoza województwa Małopolskiego.

    - A gdzie pracują absolwenci?

    - Na całym świecie. Gdy w ubiegłym roku poleciałem do Nowego Jorku na zebranie Polsko Amerykańskiej Fundacji Wolności, bo jestem jednym jej dyrektorów, to obok spotkania Fundacji, jadłem obiad ze swoimi absolwentami. Uczestniczył w nim między innymi absolwent, który pracuje w centrali Pricewaterhause Coopers, absolutnie na szczycie, i absolwentka, która pracowała w Stanley and Morgan - była jedną z pięciu osób decydujących o przyszłości Enronu. Kiedy otrzymałem teraz nagrodę „Przedsiębiorcy Roku 2003”, dostałem życzenia od absolwentów z różnych stron świata, nawet ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Oczywiście wielu pracuje w firmach w Polsce.

    - Przedsiębiorca Roku to bardzo zaszczytny tytuł. W jego przyznawaniu bierze się pod uwagę również innowacyjność. Jakie innowacje wprowadza Pan w szkole?

    - Poszerzam programy, wprowadzam nowe elementy, dbam o budowanie tożsamości wewnętrznej. Gdzie jest taki wariat rektor, który poświęca dwadzieścia parę dni swojego życia, żeby zjeść podwieczorek z kolejnymi grupami studentów pierwszego roku. A ja urządzam takie podwieczorki – mam piękną, królewską zastawę, którą ofiarowała szkole fabryka porcelany z Wałbrzycha, dzięki staraniom moich studentów - bo wiem, że to sprzyja budowaniu tożsamości szkoły. Z nagrody cieszę się ogromnie. Dzięki niej szkoła będzie jeszcze lepiej rozpoznawana w Europie i świecie, dotychczas najbardziej znana jest w Stanach. A moim marzeniem jest umiędzynarodowienie szkoły. Od półtora roku oferujemy już studia w języku angielskim, na których obecnie studiuje kilkadziesiąt osób. Po Nowym Sączu chodzą Ukraińcy, Słowacy, przyjadą za chwilę Chińczycy. Ale ja chcę, by studiowało pięciuset obcokrajowców. I mam nadzieje, że tak się stanie. Wiem, że wszystko jest możliwe, jeżeli nie stracimy poczucia świeżości, traktowania pracy jako wspaniałej przygody. Kiedy słyszę „Pan to się poświęca, pan tak ciężko pracuje”, odpowiadam „Prowadzę fantastyczne życie, fascynujące, spotkała mnie gigantyczna przygoda życiowa”. Takiej frajdy się nie spodziewałem.

    Rozmawiała Hanna Jaworowska
o mnie | kontakt | okiem przedsiębiorcy | w prasie | relacje z absolwentami | niezwykły album | wywiady
Krzysztof Pawlowski 2007 © Wszystkie prawa zastrzeżone